Kiedy kumpela jednak zostanie dziewczyną, co dalej?

Dzisiejszy wpis podyktowany jest poprzednim. Dostałam od Was całkiem fajną ilość wiadomości (FB rocks!) że… się mylę. I bardzo mnie to cieszy. Może nie fakt że jestem w błędzie ale że jest wreszcie jakaś interakcja 😉 Dziwi mnie tylko że Wasze argumenty są zupełnie inne od moich 😉 Przecież napisałam że wszystko jest możliwe – po prostu na początku związku będzie trochę dziwnie. Co będzie działo się dalej – zacytuję:

W brutalny sposób przekonałam się, że kult równej babki i kumpeli jest niestety tylko miejską legendą.

niemniej w żaden sposób nie przekreśliłam takiej możliwości. Po prostu pierwsze wrażenie może być zupełnie inne od tego które miałyście/mieliście w głowie…

Przykład mojej przyjaciółki która nie dość że z czasem stała się fanatycznie wręcz zazdrosna (zainstalowała w telefonie swojego faceta specjalny program szpieg sms który pozwala jej na czytanie jego smsów – to jest już trochę chore…) i na każdym kroku widziała inne dziewczyny które też były jego przyjaciółkami w jego łóżku. Miała się czego bać: nie dość że facet miał naprawdę dużo koleżanek to jeszcze utrzymywał z nimi bardzo dobry kontakt. Z drugiej jednak strony ich związek z czasem się „poluzował” (nie są ze sobą przez cały czas i ostatecznie dali sobie trochę swobody w kontaktach ze znajomymi) to nadal trwa..

I wracając do tytuły wpisu: kumpela została dziewczyną, co dalej? Ano po pierwszych ochach i achach czas na realne życie. Nie musicie od razu razem mieszkać. Nie musicie też wciąż ze sobą przebywać: niech będzie jak dawniej tylko trochę bardziej intymnie. Z czasem spróbujcie się dotrzeć i zaakceptować swoje przywary. Jeśli zaś okaże się że „to tylko sex” to przecież nic złego: do czasu znalezienia partnerów na stałe, bawcie się dobrze. I nie bądźcie o siebie nawzajem zazdrośni: to tylko życie które jest zbyt krótkie na zamartwianie się!

Kumpela to nie materiał na żonę

Całe życie szłam ścieżką równej dziewczyny, wyluzowanej kumpeli i po prostu takiej babki, która bąków się nie boi, jak powiedział o mnie kiedyś jeden kumpel. Warto to podkreślić: kumpel, nie chłopak. Byłam święcie przekonana, że właśnie to jest ideał dla współczesnego faceta. Zawiodłam się strasznie i czuję się oszukana, chociaż jeśli się nad tym zastanowię, to chyba oszukiwałam po prostu sama siebie.

Kiedy gada się z facetami nieformalnie, na stopie przyjacielskiej, wszyscy są jak najbardziej za wyluzowanymi babkami. Opowiadają, jak fajnie byłoby żyć w wolnym związku i w ogóle nie interesują ich jakieś księżniczki. Pierwszym sygnałem, że to są bzdury, powinna być kwestia makijażu. Każdy facet zawsze opowiada, że lubi przede wszystkim zero lub minimum makijażu. A równocześnie mają dowcipy o tym, obok jakiego potwora się rano obudzili! To nie ich wina. Oni wierzą w swoje zapewnienia.

Sęk w tym, że facetowi można dość łatwo wskazać, w co ma wierzyć. Jeśli kreujesz się na idealną, bez skazy, on cię będzie idealizował. Jeśli jednak będziesz z nim szczera i powiesz tu o jakich rozstępach czy o kroście sami wiecie gdzie, on lojalnie przyjmie to do wiadomości i będzie postępował zgodnie z tymi informacjami. Jeśli masz kompleksy, dzieląc się nimi tylko je wzmacniasz. No i pozostają media społecznościowe. Tutaj podzielić możemy osoby na 2 kategorie: jedną która pokazuje nam prawdziwe życie (i jest sporo mniejsza) oraz na która pokazuje je mocno wyidealizowane. Ta druga wciąż przegląda kto co skomentował na jej profilu, kto go oglądał (via fejs podglądacz) oraz jak zareagowali znajomi na ostatni wpis – tragedia. W życiu jest podobnie – żyjemy fikcyjnym i wyidealizowanym życiem. Faceci tak naprawdę lubią udawać, ze kobiety nie pierdzą. Nie zrozumcie mnie źle. Nie chodzi tutaj o to, że żyją w przekonaniu, że my nie mamy układu trawiennego, a nawet jeśli mamy, to są w nim pszczółki i motylki. Chodzi o to, że my nie pierdzimy i tyle. Kiedy nam się zdarzy pod kołderką, zamieniamy w żart i zapominamy. Kiedy jednak walniemy wielkiego bąka i jeszcze będziemy z niego dumne niczym ich kumple, od razu staniemy się istotami aseksualnymi. Facetowi może się  wszystko z seksem kojarzyć, ale za wyjątkiem jakichś fetyszystów, nie będą to bąki. To samo tyczy się sposobu ubierania. Duży rozrzut tematyczny? Wcale nie, bo kobieta powinna wyglądać jak kobieta, a w dresie nie wygląda na nic. Nie założyłaś w dresie stanika? Jeszcze gorzej, bo chociaż bimbałki będą na luzie, tak jak oni lubią, to nie będą na pewno w tym miejscu, gdzie powinny być. Grawitacja, kochanie.

Chociaż mamy XXI wiek, faceci nie chcą wchodzić w związki z innymi facetami niezależnie od tego, czy ci inni faceci są facetami tylko z zachowania czy też z biologii. W brutalny sposób przekonałam się, że kult równej babki i kumpeli jest niestety tylko miejską legendą.

Przygotowania przed jesiennymi imprezami, czyli jak ma wyglądać zadbana kobieta

Gdy zbliża się jesień (lata jak zwykle zniknęło w 3 momenty), trzeba liczyć się z tym, że na pewno zostaniemy zaproszeni na jakąś prywatkę, imprezę urodzinową czy wesele. Wtedy, pierwsza myśl kobiety to „w co ja się ubiorę?”. Być może niektórym może się wydawać, że my, kobiety, ciągle mamy problem z tym, w co się ubrać, czym się umalować i jak się uczesać… Nikt jednak nie zdaje sobie sprawy z tego, co by było, gdybyśmy nie miały tego problemu i chodziły zaniedbanie. Czy ktoś podziwia kobiety, które o siebie nie dbają? Czy ktoś zwraca na uwagę na panie, które źle wyglądają? Chyba nie…  Kobieta ma zachwycać swoim pięknem, swoją gracją i wyczuciem smaku. Nie chodzi tu o zbyt wyrazisty makijaż i wyzywający strój, ale o podkreślenie naturalnego piękna.

W gorące dni warto jest postawić na lekki, bardzo naturalny makijaż oraz bardziej wyrafinowany strój. Chodzi o to, by czuć się w miarę swobodnie , a jednocześnie wyglądać elegancko i świeżo. Makijaż w ciepłych kolorach (stonowane brązy, brzoskwinia, odcienie pudrowego różu) to bardzo dobre rozwiązanie na upalne dni. Nie ma wtedy ryzyka, że po godzinie makijaż będzie spływał po naszej twarzy i zamiast świetnego efektu, pozostanie jedynie niesmak. W gorące dni najlepiej używać matującej bazy pod makijaż, podkładu, który będzie nadawał lekkości naszej cerze oraz dobrego korektora, który ukryje nawet największe zmęczenie. Co do tuszu do rzęs, to każda z pań z pewnością znalazła już swój ulubiony tusz, który po pierwsze, podkreśla piękne oczy, po drugie – nie uczula (należy pamiętać, by nie stosować nowego tuszu bezpośrednio przed imprezą; kosmetyk zawsze powinien być wcześniej wypróbowany, by uniknąć załzawionych oczu, spływającego makijażu czy nawet zapalenia spojówek/uczulenia).

Co ze strojem? Tej jesieni bardzo modne są gipiury, choć, jak wiadomo, nie każdemu mogą się one podobać. Gipiura w sukience może wyglądać bardzo szykownie, elegancko, jednak z pewnością znajdą się i tacy (wybacz ale zawsze narzekasz na wszystko co moze być „niewygodne”), którzy powiedzą, że ten styl nie współgra z ich wyczuciem smaku. Co wtedy? W przypadku młodych osób niemalże wszystkie kroki dozwolone. Można bawić się kolorami – stawiać na jednokolorowy strój w bardzo intensywnym odcieniu lub założyć kolorową sukienkę/kombinezon. Można bawić się krojem i wybierać asymetryczne stroje, choć tradycyjne sukienki z bawełny czy lnu też są „na czasie”. Należy jednak pamiętać, że wybierając strój z lnu czy bawełny powinniśmy dobrać biżuterię, która będzie swego rodzaju „kropką nad i”. Nie mogą to być niewidoczne kolczyki i maleńka przywieszka. W przypadku bardzo prostego kroju i naturalnych materiałów dobrze jest wybrać dodatki z bursztynu lub złota (jeśli myślimy o ciepłych kolorach stroju). Jeśli decydujemy się na asymetryczną, kolorową sukienkę biżuteria powinna być skromna. Wtedy wskazane jest delikatne srebro bądź srebro w połączeniu z kryształami.

Oczywiście należy pamiętać, że dopełnieniem makijażu i wyjściowego stroju są… zadbane dłonie i stopy. Nie może być tak, że pójdziemy na imprezę z poobgryzanymi skórkami czy połamanymi paznokciami. Jeśli mamy problem z łamliwymi paznokciami warto nieco wcześniej, np. 3 tygodnie przed imprezą, udać się na manicure hybrydowy. Dobrze zrobiona hybryda ochroni naszą płytkę, dzięki czemu paznokieć urośnie, a na kilka dni przed „wielkim wyjściem” zrobimy sobie kolejny manicure. Koszt takiego zabiegu to ok. 50-70 zł, a efekt jest naprawdę doskonały. Nie ma mowy o odpryskującym lakierze, nie musimy się martwić, że porysujemy płytkę… Paznokcie są doskonale chronione, a dłonie wyglądają estetycznie i bardzo elegancko. Jeśli chodzi o pedicure, to warto postawić na kolory, które będą współgrać zarówno z paznokciami u rąk jak i całym strojem. Podobno nie ma wymogu żeby paznokci u rąk i nóg były pomalowane na ten sam kolor, ale warto jednak zachować umiar. Co za dużo, to nie zdrowo 🙂

W góry bracie!

Zawsze byłam zwolenniczką wczasów nad morzem, co zresztą nie powinno być dla nikogo zaskoczeniem, skoro urodziłam się w odległości około 100 kilometrów od Bałtyku i nad morze byłam zabierana regularnie od wczesnego dzieciństwa. Do gór podchodziłam z lękiem i pewnym sceptycyzmem. Zazwyczaj swój dystans uzasadniałam tym, że góry potrafią być niebezpieczne, a ja nie mam ochoty na podejmowanie niepotrzebnego ryzyka, jeśli nie jest to niezbędne. Uczciwie muszę jednak przyznać, że po prostu gór nie znałam, a to, czego jeszcze nie poznaliśmy, zawsze wywołuje lęk, co zostało potwierdzone naukowo.
I pewnie do dziś byłabym przeciwniczką wyjazdów w góry, gdyby nie ostatnie wakacje.

Nad morze nie pojechaliśmy przede wszystkim dlatego, że właśnie w górach pensjonat miała kuzynka ciotki mojego narzeczonego. Kuzynka była dość daleka, ale zaproponowała, że wynajmie nam pokój taniej. Oczywiście, kij miał dwa końca, bo pokój był w piwnicy (albo na „niskim parterze”, jak dobrodusznie zauważył mój narzeczony), ale to nie ma wiele wspólnego z tym, o czym chcę pisać. A przecież mam Wam opowiedzieć, co mnie zaskoczyło w górach.
Pierwsze zaskoczenie dotyczyło samych wędrówek. Jako osoba znająca góry jedynie z opowiadań i doniesień medialnych, wyobrażałam je sobie jako miejsce niemożliwe niemal do zdobycia, trudne do sforsowania i w ogóle stanowiące wyzwanie nawet dla najlepszych. Tymczasem okazało się, że, aby spacerować po nich, wcale nie trzeba być alpinistą, wystarczające okazują się bowiem już te umiejętności, które zdobywa się w podstawowym zakresie. Oczywiście, duża w tym zasługa dobrej organizacji i umiejętności wybierania szlaków, przekonałam się jednak, że w górach można aktywnie spędzać czas nawet, jeśli ma się małe dziecko, problemy ze stawami albo zerową kondycję. Nie trzeba wcale udawać osoby bardziej sprawnej niż w rzeczywistości, aby poznać ich magię.

Moje drugie odkrycie to niewielkie, niemal nieznane, ale przepiękne zabytki architektury pojawiające się podczas naszych wędrówek niemal na każdym kroku. Na początku można je łatwo przeoczyć, ale gdy zaczęliśmy koncentrować się na ich poszukiwaniu wiedzieliśmy, że jest ich naprawdę wiele. Niewielkie kapliczki, chaty budowane dwa stulecia temu, małe kościoły, które nie zostały zniszczone przez kolejne kataklizmy dziejowe, a przede wszystkim – schroniska. W tych ostatnich można się zakochać od pierwszego wejrzenia, a wiele z nich wygląda po prostu bajkowo.

I atmosfera! Oczywiście, nie dajcie się uwieść opowieściami o bezinteresownej pomocy i życzliwości, która czeka na każdym kroku. Ludzie bywają tak samo małostkowi, nachalni i żądni pieniędzy, jak gdziekolwiek indziej. Na szlaku panuje jednak specyficzna atmosfera życzliwości. Nie musicie nawet z nikim rozmawiać. Wystarczy, że mijająca was para zwyczajnie uśmiecha się do Was dodając Wam otuchy i sugerując tym uśmiechem, że może i do szczytu zostało Wam jeszcze kilka niełatwych kilometrów, ale nie pożałujecie, gdy już znajdziecie się na miejscu.

Nie taki zły rynek wtórny

W życiu każdego „słoika” przychodzi taki moment, kiedy na myśl o dalszym wynajmowaniu mieszkania zaczyna go oblewać zimny pot. Imprezy współlokatorów przestają wydawać się już tak pociągające, brudny garnek z resztkami leczo w kuchni nie wywołuje już wyrozumiałego uśmiechu, a opcja „domu otwartego”, do którego każdy może wpaść dzwoniąc do drzwi radośnie grubo po północy zaczyna irytować zwłaszcza, gdy szef w nowej pracy (hehe #Acoo) nie toleruje spóźnienia. Co więcej, nagle odkrywamy, że koszt wynajmu wcale nie jest aż tak mały i gdyby zamienić go na ratę kredytu, domowy budżet wcale by na tym aż tak bardzo nie ucierpiał.

Nie będę pisać o zakupie mieszkania bez kredytu, bo nie miałam tyle szczęścia, a skoro sama wyruszyłam na batalię z bankami, nie mam podstaw do tego, aby przekonywać kogokolwiek, jak bardzo niemądre i nieodpowiedzialne jest to posunięcie. Mogę za to opowiadać godzinami o własnych dylematach, choć i tego Wam oszczędzę koncentrując się przede wszystkim nad tym, dlaczego uznałam, że zakup mieszkania na rynku wtórnym nie musi być wcale aż tak nieprzemyślanym rozwiązaniem, jak chcą nas o tym przekonać deweloperzy. Mówiąc o jego zaletach nie można nie zgodzić się z tym, że jest ich co najmniej kilka, na pierwszy plan wysuwa się zaś to, że mieszkania sprzedawane na rynku wtórnym są bez porównania tańsze od tych, które charakteryzują rynek pierwotny. Oczywiście, nie mam na myśli ceny podawanej przez dewelopera, ta jest bowiem zazwyczaj bardziej niż kusząca. Jeśli jednak przypomnimy sobie, że mieszkanie takie będziemy musieli wyremontować, dostosować do naszych potrzeb i urządzić, szybko okaże się, że rynek wtórny ma nam sporo do zaoferowania.

O ile jednak argument cenowy można jeszcze zignorować zakładając, że w pierwszym okresie będzie się żyło bardzo oszczędnie, nie można już tak łatwo polemizować z tym, który wiąże się z odległością. Oczywiście, osoby, które szukają mieszkań na rynku pierwotnym w ścisłym centrum, najprawdopodobniej znajdą coś dla siebie, nie oszukujmy się jednak –  większości przypadków będą to rozwiązania na tyle drogie, że ich zakup przekroczy możliwości młodych ludzi. Tymczasem rynek wtórny jest w stanie zaoferować mieszkania w każdej okolicy. Nie wszystkie są tak tanie, jak byśmy sobie tego życzyli, znalezienie naprawdę wartościowego rozwiązania jest jednak znacznie łatwiejsze niż mogłoby się to nam wydawać.

Mnie samą przekonało również to, co dla wielu jest pewnym ograniczeniem, szukając mieszkania na rynku wtórnym byłam bowiem zachwycona tym, jak bogaty wybór jest mi oferowany. Nie musiałam martwić się o to, że będę wybierać mniejsze zło, a ponieważ nie gonił mnie czas, mogłam poprzebierać w ofertach znajdując taką, która najbardziej przypadła mi do gustu.

Oczywiście, nie obyło się bez przygód, a perypetie podczas poszukiwania mieszkania zasługują na oddzielny wpis, jestem jednak przekonana, że nie popełniłam błędu.

Chroń tożsamość… w Internecie

Nie jestem najaktywniejszą użytkowniczką portali społecznościowych typu Facebook, posiadam jednak konto na niektórych i staram się zaglądać na nie przynajmniej raz na jakiś czas już choćby po to, aby dowiedzieć się, co ciekawego dzieje się u dawno niewidzianych znajomych. Zazwyczaj dostaje ogrom informacji, których wcale nie potrzebuję, natykam się jednak również na dziwne aktywności niektórych osób. Mówi się, że pokolenie dzisiejszych dwudziesto- i trzydziestolatków to pokolenie osób, przed którymi Internet nie ma już żadnych tajemnic. Niczym nie można ich już zaskoczyć i niczym nie da się zadziwić. Tymczasem okazuje się, że wiele zachować na najpopularniejszym portalu społecznościowym na świecie zasługuje na najsurowszą krytykę.

Oczywiście, jestem przeciwniczką popadanie w przesadę i nigdy nie przepadałam za teoriami spiskowymi. Nie wierzę, że za każdym krzakiem czai się osoba, której jedynym celem jest uprzykrzenie mi życia i doprowadzenie do jakiegoś dramatu z moim udziałem. Wierzę jednak w to, że nie znamy wszystkich swoich znajomych i nie wiemy, w jakiej są kondycji psychicznej, czym się zajmują i jak dziwne mogą mieć pomysły. Czym innym jest przesada, a czym innym ostrożność.

Jedna z tych kwestii, która doprowadza mnie do szału, jest związana z ustawieniami prywatności na portalach internetowych. Oczywiście, nie mówię, jak zwykle zresztą, o sytuacjach skrajnych i wcale nie uważam, że najlepszym rozwiązaniem jest zaprzestanie jakiejkolwiek aktywności w sieci. Jeśli zresztą mam być szczera, wydaje mi się, że takie działanie i tak nie jest możliwe, skoro, mniej lub bardziej świadomie, pozostawiamy po sobie tak wiele śladów. Niech mi jednak ktoś wytłumaczy, po co otwierać swoje konto na świat i pozwalać na to, żeby każda postronna osoba miała dostęp do naszych danych personalnych, zdjęć ze ślubu i informacji, jakie na nasz temat zamieszczają znajomi? Jedna z moich nastoletnich kuzynek wyjawiła mi niedawno, że przesadnie zablokowany profil nie jest najlepszym rozwiązaniem, jeśli interesuje się Wami jakiś chłopak, czy jednak wszyscy moi znajomi, którzy za nic mają ustawienia prywatności w głębi duszy marzą o ognistych romansach? Chyba jednak nie. Ta sama kuzynka udzieliła mi darmowego wykładu na temat tego, jak powinien wyglądać mój profil na Facebooku jeśli chcę, aby ten domniemany chłopak się mną zainteresował i nic nie wspominała o zdjęciach z podróży poślubnej, zdjęciach dzieci i tej potworniej fotografii z przydomowego ogródka. Skoro więc nie chodzi o ognisty romans, co może być przyczyną takiego zachowania? Mogę się założyć, że w większości przypadków jest to po prostu beztroska i lenistwo, które kończą się w tym samym momencie, w którym ktoś mniej życzliwy zaczyna bawić się naszymi danymi.

Oddzielną kwestią jest zabezpieczenie profilu i łatwość, z jaką można odgadnąć większość haseł, a także przerażający nawyk logowania się do portalu gdzie popadnie, w domu, w pracy i u znajomego. Facebook posiada specjalną funkcję, która informuje nas o logowaniu do konta z nieznanego urządzenia, a nawet o każdym połączeniu z portalem, czy jednak wszyscy z niej korzystają? Nie, bo przecież zaśmieca pocztę.

Dodatkowo ważna kwestia to informacja o tym gdzie jesteśmy, czy może wyjechałyśmy na urlop a nasze mieszkanie stoi otworem na włamywaczy? Ostatnio Buduar pisał m.in. o możliwości namierzania naszej lokalizacji na podstawie tego gdzie mamy telefon. A kto rusza się gdziekolwiek bez telefonu? Permanentna inwigilacja. Chociaż to w sumie i tak nic względem możliwości logowania się „check in” na Facebooku: w takim wypadku same dobrowolnie podajemy naszą lokalizację!

Jeszcze inną kwestią jest umieszczanie „na tablicy” każdej informacji i zamiłowanie do „łańcuszków”, z którego niektórzy chyba nigdy nie wyrosną, ale to już oddzielna historia…

Jak dbać o urodę po trzydziestce?

Jedna ze znacznie młodszych ode mnie koleżanek opowiadała niedawno, że widziała gdzieś krem przeciwzmarszczkowy skierowany do dwudziestolatek. Pośmiałyśmy się z tego serdecznie dochodząc do wniosku, że już niedługo będziemy smarować nim niemowlęta płci żeńskiej, ja sama doszłam jednak do niewesołego wniosku. Oczywiście, jako córka chemika dość dobrze wiem, jak poważne konsekwencje może mieć stosowanie tego rodzaju kosmetyków zbyt wcześnie, skoro jednak sama mam już trzydziestkę na karku, najprawdopodobniej warto zacząć zastanawiać się nad tym, czy nie trzeba pochylić się nad własną urodą i zastanowić się nad tym, czy czegoś nie zmienić.
Jak to u mnie bywa, podeszłam do problemu metodycznie, zaopatrzyłam się w fachową literaturę, wyrzuciłam ją niemal natychmiast i zasiadłam do komputera. Internet okazał się znacznie bardziej życzliwy, a wnioskami wyciągniętymi na podstawie jego analizy z przyjemnością się z Wami podzielę.

Pierwsza sprawa to kremy ochronne, w tym zwłaszcza te, które pobudzają organizm do produkowania kolagenu. O tym, jak ważny jest dla naszej urody kolagen, nikogo nie trzeba chyba przekonywać, nie można jednak zapominać i o tym, że im jesteśmy starsze, tym produkujemy go mniej. W pewnym momencie jedynym rozwiązaniem okażą się specjalne kremy pozwalające na uzupełnienie jego niedoboru, skoro jednak nasz organizm nie ma jeszcze poważniejszych problemów z jego produkcją, nie musimy decydować się na tak radykalne kroki. Znacznie lepszym rozwiązaniem będzie zatem sięgnięcie po krem, który, w łagodny sposób, pobudza, ale nie „załatwia” za organizm całej pracy.

Druga sprawa to obrzęki na twarzy, które są widoczne zaraz po przebudzeniu. Nie są one szczególnie estetyczne, a ich ukrywanie zabiera sporo czasu. Jednym z lepszych sposobów na ich uniknięcie jest unikanie przyjmowania nadmiernej ilości płynów tuż przed snem. Szklanka wody mineralnej lub herbaty nie powinna nam zaszkodzić, jeśli jednak tuż przed snem przypomniałyśmy sobie, że przecież dziennie należy wypijać jej przynajmniej dwa litry, a my znowu nie przestrzegałyśmy tej zasady, dajmy już sobie z nią spokój.

Trzecia rzecz, o której kobiety w moim wieku powinny pamiętać to wizyty u specjalisty. Oczywiście, nikogo nie namawiam na wstrzykiwanie sobie jadu kiełbasianego, mam bowiem nadzieję, że zawsze będzie to świadomy wybór, a nie zabieg, któremu poddajemy się, bo jest w danym momencie modny. Kosmetyczka powinna jednak przyglądać się naszej cerze, usuwać zaskórniaki i raz na jakiś czas wykonywać peeling. W ten sposób nie będziemy musiały nosić ze sobą niepotrzebnego balastu w postaci złuszczonego naskórka i z pewnością będziemy wyglądały przynajmniej odrobinę młodziej.

I jeszcze jedna uwaga, dowiedziałam się ostatnio, że tak zwane kremy „na noc” nie powinny być wcale wykorzystywane przed samym snem. W zdecydowanej większości przypadków w ich skład wchodzą składniki o działaniu nawilżającym, jeśli więc nie damy im czasu, aby wchłonęły się w skórę, rano nasza twarz będzie sprawiała wrażenie opuchniętej. Nic przyjemnego!

Pucinka wróciła! :):):)

Wróciłam! 🙂 😀 🙂

Po blisko 2 latach nieaktywności, udało mi się wrócić (nawet adres bloga jest ten sam!). Nistety wszystkie zdjęcia z poprzedniej edycji uległy zniszczeniu. Poprzedniego bloga nie udało się odzyskać a nie mam już starego komputera 🙁

No ale życie zaczyna się od nowa – tym razem nie zniknę, obiecuję ;P

Mam nadzieję że wszystkie mnie będziecie odwiedzać – tymczasem idę szukać hasła do facebooka, gdzieś powinno być – jak tylko się uda, dam Wam tam znać 🙂